Oxford – planer i ranking atrakcji

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Bardzo długo się zastanawiałam jak opisać Oxford, żeby było to dość przejrzyste i pomocne. Stworzenie planu na 1, 2 czy nawet 3 dni w Oxfordzie to zawsze wybieranie jednych miejsc kosztem innych. Trudno mi było wybierać, bo mieszkałam w Oxfordzie 5 miesięcy i sporo miejsc stało się moimi ulubionymi.

Dlatego stworzyłam planer i ranking atrakcji! Podzieliłam go na kategorie, w których uszeregowałam atrakcje do najlepszych (w moim osobistym odczuciu ;)), zaznaczyłam godziny otwarcia i oznaczyłam miejsca z darmowym wstępem oraz związane z Harrym Potterem, Tolkienem i Alicją w Krainie Czarów, bo to są główne motywy, które przewijają się przez Oxford.  Możecie go sobie pobrać i zerkać na niego podczas spaceru po tym pięknym mieście. Mam nadzieję, że to się sprawdzi (koniecznie dajcie znać!). Zacznę tworzyć takie planery dla innych miast, w których byłam, bo myślę że to wygodna ściągawka na czas zwiedzania 🙂

Pod planerem będę sukcesywnie dodawała wpisy rozwijające każdą kategorię!

Oxford(4)

Wyspy Kanaryjskie: Teneryfa

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Wstęp

Przed wyjazdem na Wyspy Kanaryjskie długo nie mogłam się zdecydować, na którą wyspę się wybrać. Ostatecznie wybór padł na Lanzarote i Teneryfę, które postanowiliśmy zrobić w jednej podróży. Dla przejrzystości rozbiłam te wpisy na dwa, żeby osobom będącym zainteresowanym wyłącznie jedną wyspą było wygodniej zapoznać się z naszym planem podróży.

 Jeśli chodzi o transport pomiędzy wyspami to istnieje wewnętrzna linia Binter, czyli śmieszne małe samolociki, które po wystartowaniu szybko zaczynają lądować 🙂 Można też płynąć promem, ale jest to o wiele bardziej czasochłonne.

Dzień 1: Loty, wynajem samochodu, nocleg

Loty

Na Teneryfę przylecieliśmy wieczorem. Długo szukałam odpowiednich lotów, ze względu na to, że nie latam już Ryanairem, ponieważ zwykle ostatecznie wychodzi drożej, a komfort tych podróży jest niski. Udało mi się znaleźć świetne połączenie Warszawa-Monachium-Teneryfa, a w drodze powrotnej Teneryfa-Zurych-Warszawa. Nie dość, że wychodziło ponad połowę taniej niż to co wyliczyłam w Ryanairze, to w każdym locie mieliśmy zapewniony posiłek. Dwa razy też trafiliśmy na miejsca przy przejściu ewakuacyjnym, co dodało nam dodatkowej przestrzeni na nogi 🙂 Przesiadki były bardzo krótkie – akurat tyle, żeby wysiąść, rozprostować chwilę nogi i iść dalej. W Zurychu trafiliśmy też na stoisko Lindta, gdzie poczęstowali nas szaloną ilością czekoladek, co później wyceniłam na kilkadziesiąt złotych.

Te cudowne loty oferowała Lufthansa we współpracy z liniami Swiss i Edelweiss. Rezerwowałam je ze strony Lufthansy – nie było ich też w pierwszych wynikach wyszukiwarkek typu google flight, więc poszukajcie na stronach tych linii, czy jest coś ciekawego dostępnego.

Samochód

Na Wyspach Kanaryjskich jest kilka różnych wypożyczalni, ale bardzo dużo osób poleca AutoReisen. Nasza opinia na ich temat jest jak najbardziej pozytywna, łącznie wypożyczaliśmy tam samochód trzy raz (raz na Lanzarote i dwa razy na Teneryfie). Przede wszystkim jest to dosyć bezproblemowa wypożyczalnia. Poziom benzyny musi się zgadzać mniej więcej i nie jest to ściśle kontrolowane. Przy oddawaniu samochodu oddaje się kluczyk pani w okienku lub wrzuca do skrzynki i tyle. Nie mieliśmy żadnych problemów, a na Lanzarote trafiła nam się nawet lepsza wersja samochodu, bo wszystkie najtańsze były wypożyczone.

Nocleg

Z racji tego, że w środku pobytu na Teneryfie polecieliśmy na Lanzarote mieliśmy dwa różne noclegi. Pierwszy z nich był na południu, niedaleko lotniska w okolicy Las Chafiras, natomiast drugi na północy w okolicy La Quinta. Sporo osób w internecie polecało noclegi w południowo-zachodniej stronie wyspy, w okolicach Los Gigantes i Costa Adeje, ale ja do nich nie należę 😀 Gdybym miała jechać jeszcze raz na Teneryfę, to zdecydowanie wybrałabym nocleg na północy. Moim zdaniem jest tam więcej ciekawych rzeczy i bardziej się opłaca stamtąd dojeżdżać, ale wszystko oczywiście zależy od tego jakie atrakcje macie zaplanowane 🙂

Dzień 2: Los Gigantes-Masca-Garachico

Poranek zaczęliśmy od zobaczenia klifów Acantilados de los Gigantes, a także przejścia się po miasteczku. Już po wyjściu z samochodu przywitał nas śpiew kanarka, którego udało się wypatrzeć, a nawet sfotografować.

W Los Gigantes nie zostajemy długo, bo kolejnym punktem na naszym planie jest Masca, czyli miejscowość górska, przy wąwozie Masca. Trekking wąwozem jest jedną z atrakcji Teneryfy, ale w momencie kiedy byliśmy na wyspie był od dłuższego czasu zamknięty. Niemniej jednak widoki w tym miejscu są naprawdę przepiękne i naprawdę warto się tam wybrać, nawet jeżeli szlak nie jest dostępny. Przy okazji możemy zaobserwować pierwsze jaszczurki oraz zdrewniałe kaktusy (których zobaczymy jeszcze wiele). Do tego spotykamy pana sprzedającego opuncje, które pokochałam. Było to zaskakujące o tyle, że nie lubię soku z opuncji i nie spodziewałam się, że będzie mi to smakowało. Później okazało się, że dżem z opuncji również jest bardzo smaczny. Droga z Los Gigantes do Masca trwa długo – około 40 minut, a to tylko 20 km. Droga jest wąska i kręta. Warto co jakiś czas przystanąć (jeżeli jest miejsce), wysiąść z samochodu i zobaczyć widoki.

Z Masca jedziemy do Garachico – do wyboru są możliwe dwie trasy, przez El Palmar, bądź Santiago del Teidę. Obie zajmują około 50 minut i mają około 25 km. My wybieramy bardziej krętą trasę przez El Palmar, podziwiając po drodze widoki, rzeźby w El Palmar i robiąc sobie przerwę obiadową w Buenavista del Nte.

Z Masca jedziemy do Garachico – do wyboru są możliwe dwie trasy, przez El Palmar, bądź Santiago del Teidę. Obie zajmują około 50 minut i mają około 25 km. My wybieramy bardziej krętą trasę przez El Palmar, podziwiając po drodze widoki, rzeźby w El Palmar i robiąc sobie przerwę obiadową w Buenavista del Nte.

W Garachico mamy kilka bardzo interesujących miejsc, które znajdują się blisko siebie. Należy do nich punkt widokowy Mirador del Emigrante z pomnikiem emigrantów, a po drugiej stronie punkt widokowy Mirador El Infierno, z którego można dostrzec dużych rozmiarów szopkę znajdującą się w jamie skalnej na przeciwległym brzegu. Nie jestem pewna, czy ta szopka jest całoroczna, ponieważ w momencie kiedy byliśmy na wyspie był sezon na szopki.

38 (1 of 1)

43 (1 of 1)

45 (1 of 1)

Największą atrakcją Garachico są jednak baseny naturalne El Caleton, które zostały uformowane przez zastygającą lawę. Baseny są nie tylko świetny miejscem do kąpania, ale też są niesamowicie atrakcyjne pod względem wizualnym. W czasie spaceru w tym miejscu zaobserwowaliśmy różne gatunki krabów, a także błyskawiczne wlewy z oceanu do tych basenów.

42 (1 of 1)

Dzień 3: Rambla del Castro – Orotava – Tejita

Dzisiejszy dzień zaczynamy od trekkingu Rambla del Castro. Szlak zaczyna się w tym miejscu, w miejscowości Los Realejos, pod koniec ulicy Camino Burgado. To jest bardzo łatwy szlak, przeznaczony praktycznie dla wszystkich, a jego długość to 4km w jedną stronę.  Idzie się prawie cały czas wybrzeżem, więc widoki są zachwycające. My szliśmy w obie strony. Początek szlaku to zielone obejście zatoki, wzdłuż zielonych tarasów, które są widoczne na zdjęciu. W samym oceanie możecie zauważyć ciekawe formacje skalne uformowane przez zjawisko erozji.

56 (1 of 1)

8 (1 of 1)

Na tej krótkiej trasie znajduje się bardzo dużo ciekawych miejsc. Należą do nich ruiny przepompowni, XVI-wieczna twierdza stanowiąca ochronę przeciwko piratom, gaj palmowy oraz przepiękny punkt widokowy, który znajduje się na samym końcu tego szlaku.

Pewna baza szlaków ze wszystkich wysp, w tym szlak, którym szliśmy, znajdują się na tej stronie.

9 (1 of 1)

La Orotava była moim ulubionym miasteczkiem, które odwiedziliśmy na Teneryfie.  Idealne miasteczko, żeby po prostu sobie pospacerować i się zgubić, jednocześnie odnajdując coś ciekawego. Czytając o Orotavie wszędzie to przeczytacie, a ja też wspomnę, że warto zwrócić tutaj uwagę na tradycyjne kanaryjskie balkony. Atrakcją numer jeden jest także zabytkowy kanaryjski dom Casa de Los Balcones, który zdecydowanie warto odwiedzić. Na dziedzińcu znajduje się sporo klatek z kanarkami i to również jest ciekawe 🙂

Na koniec pobytu w Orotavie udaliśmy się do ogrodu botanicznego, który bardzo mi się spodobał ze względu na różnorodność roślin. Wszystko jednak zależy od tego jak bardzo lubicie ogrody botaniczne – Przemek nie był zachwycony 😉

Dzień kończymy na plaży Tejita. Wybraliśmy ją ze względu na bliskość od naszego apartamentu, ale jest naprawdę urokliwa.

Dzień 3-7: Lanzarote – Icod de los Vinos

Trzeciego dnia rano polecieliśmy na Lanzarote, skąd wróciliśmy siódmego dnia naszej podróży.  Tak jak wcześniej pisałam – stworzyłam osobny wpis opisujący samo Lanzarote, żeby nie zaciemniać tego wpisu. Zachęcam do zapoznania się, jeżeli interesuje Was też ta druga wyspa. A teraz wracamy znowu na Teneryfę 🙂

Siódmego dnia został nam na Teneryfie tylko wieczór i spędziliśmy go w Icod de los Vinos. Miasto to jest znane z najstarszej na Teneryfie draceny smoczej. Dracenę można zobaczyć  z ogólnodostępnego tarasu, bądź w ogrodzie botanicznym, płacąc za wstęp kilka euro. Widok z tarasu jest znacznie lepszy 😉 Ja zamiast ogrodu botanicznego wybrałam jednak park motyli Mariposario del Drago, ponieważ uwielbiam je fotografować. Nie byłam na początku przekonana, ale bardzo mi się tam podobało.  Po zakupie biletu zostałam poinstruowana, żeby spróbować wypatrzeć motyle. Na początku wydawało mi się, że jest ich bardzo mało, wręcz pojedyncze sztuki. Przez chwilę poczułam się nawet trochę oszukana 😉 Im dłużej jednak chodziłam i patrzyłam, tym więcej udało mi się ich dostrzec, aż w końcu miałam poczucie że wszędzie są motyle. Niektóre miały tak maskujące barwy, że w pierwszej chwili trudno je było zauważyć. Oprócz motyli, możemy zobaczyć etapy ich cyklu rozwoju – poszczególne formy można zobaczyć przez szybę w miejscu, gdzie hodowane są motyle. Dostępna jest także wystawa na ich temat, a także wystawa z motylami w ramkach, ale ja już tego nie rozumiem – zdecydowanie jestem fanem przyglądania się żywym motylom.

Dzień 8: Teide

Zdecydowanie jednym z najważniejszym miejsc na Teneryfie, które trzeba zobaczyć jest wulkan Teide. Jest on trzecim najwyższym wulkanem na świecie – przy założeniu pomiaru wysokości od podstawy znajdującej się w dnie oceanicznym. Pozostałe dwa wulkany są na Hawajach. Był to zdecydowanie jeden z fajniejszych dni na Teneryfie ze względu na niesamowite widoki.

Teide jest najpopularniejszą atrakcją i trzeba wcześniej załatwić dwie rzeczy:

-bilety na kolejkę linową,

-pozwolenie na wejście na szczyt.

Kolejka znajduje się na wysokości 2 356 m n.p.m, warto zaplanować przyjazd wcześniej ponieważ są spore problemy z parkowaniem. My dość długo szukaliśmy miejsca. Jeżeli nie chcecie jechać kolejką, to możecie też trasę przejść pieszo 🙂

Kolejką wjeżdża się na wysokość 3555 m n.p.m., skąd rozpoczynają się trzy szlaki. My bez problemu zrobiliśmy wszystkie i do tego też zachęcam.

  • Szlak nr 10 prowadzący na szczyt Teide (3718 m n.p.m.). Szacunkowy czas to 40 minut.
  • Szlak nr 11 prowadzący do punktu widokowego Mirador de La Fortaleza. Szacunkowy czas to 25 min.
  • Szlak nr 12 prowadzący do punktu widokowego Pico Viejo. Szacunkowy czas to 30 minut.

Jeśli chodzi o szlak nr 10, wiodący na szczyt, konieczne jest posiadanie specjalnego zezwolenia, które możecie zdobyć tutaj. To zezwolenie jest darmowe, ale trzeba je załatwić znacznie wcześniej, ponieważ w ostatniej chwili może się okazać, że nie ma wolnych miejsc. Rezerwując ze sporym wyprzedzeniem byliśmy zdziwieni małą ilością dostępnych terminów.

Jeżeli chcecie doczytać dokładniej o tych szlakach oraz wizycie na Teide, to zachęcam do odwiedzenia strony źródłowej, na której podane są szczegółowe informacje.

Przeglądając grupy podróżnicze, często w kontekście Teide można się natknąć na pytania o chorobę wysokościową. Dla większości osób jest to w miarę bezbolesne przeżycie, czasem mogą pojawić się bóle głowy. Więc generalnie nie stresujcie się, bo na 95% wszystko będzie dobrze! 😀  Są jednak osoby o wątlejszym zdrowiu, takie jak ja, dla których taka wyprawa to trochę bardziej wyczerpujące przeżycie. Dlatego specjalnie dla Was mam tutaj parę cennych  rad jak żyć, jeżeli dopadnie Was coś więcej niż mały ból głowy 😉

Zanim byłam na Teide, miałam już doświadczenie z wysokościami i miałam świadomość, że wysokości około 4000 m npm są dla mnie ciężkie, dlatego byłam psychicznie przygotowana i okazało się to kluczem do sukcesu!

Nie ma cudów – po przebyciu parudziesięciu metrów zaczęły pojawiać się u mnie pierwsze objawy. Przede wszystkim były to problemy z oddychaniem oraz narastający ból głowy. Najlepsza i najważniejsza rada w takiej sytuacji jest taka, żeby nie panikować. Ja cały czas miałam świadomość, że ten tlen tam jest, nie spieszyłam się, często odpoczywałam. Pamiętajcie, że to nie wyścig na szczyt, każdy ma swoje tempo! Lepiej robić częste przystanki niż zemdleć 🙂 W normalnych warunkach przejście tego szlaku nie byłoby dla mnie problemem, przez wysokość było dość męczące. Po prostu trzeba to zaakceptować. Z drugiej strony, pamiętajcie zawsze słuchać swojego organizmu. W skrajnych przypadkach pierwsze objawy choroby wysokościowej u niektórych osób pojawiają się już na 1500-2000 m npm. Jest minimalna szansa, że zaliczacie się do tego grona, ale jeżeli tak jest i naprawdę źle się czujecie, to pamiętajcie, że nie jest ani wstydem się zawrócić, ani prosić o pomoc innych jeżeli nie możecie zejść. Piszę o tym, bo czytałam na jednej grupie historię dziewczyny, która pod samym szczytem musiała zawrócić, korzystając z pomocy innych. Dlatego nie jest to jakiś mój wymysł, tylko może się tak zdarzyć. Ale powtarzam – macie na to nikłe szanse. Pamiętajcie też, ze wizyta na Teide nie trwa bardzo długo, a najlepszym sposobem radzenia sobie z chorobą wysokościową jest redukcja wysokości, na której jesteście 🙂

Po tych wszystkich trudach resztę dnia spędziliśmy na niezobowiązującym spacerze i w SPA, więc szczegółowego planu wieczornego nie opisuję 😉

Dzień 9: Rural de Anaga Park – Santa Cruz

W Rural de Anaga Park jest wiele szlaków trekkingowych – my jednak nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu na dłuższy trekking. W alternatywie można objechać kilka punktów widokowych i zrobić mini-szlaki, co też postanowiliśmy uczynić. Dlatego zaczęliśmy od punktu widokowego Mirador De Jadrina, do ktorego można dojechać podążając drogą numer TF-12. Jadąc dalej drogą możecie dotrzeć na krótki szlak, wiodący do Mirador del Llano de los Loros. Warto dodać, że w tych miejscach pojawiają się czasem trudności z parkowaniem ze względu na ograniczoną przestrzeń. Z tego właśnie powodu ominęliśmy ten punkt widokowy. Udało nam się zaparkować na szczęście przy Mirador Cruz del Carmen, który był w pobliżu. Pomimo że parking w tym miejscu był większy, to miejsce to jest dość popularne, więc wcale nie było luźno. Warto się jednak tam zatrzymać, ponieważ oprócz punktu widokowego mamy tam trzy króciutkie szlaki, które są niezwykle urokliwe. Były one dla mnie szczególnie satysfakcjonujące, ponieważ była dla mnie to namiastka lasu wawrzynolistnego, który tak bardzo chciałam odwiedzić na wyspie La Gomera. Te szlaki są naprawdę bardzo krótkie, częściowo się pokrywają, najkrótszy (dostępny także dla niepełnosprawnych) ma 0,3 km, a najdłuższy 1,3 km. Następnie udaliśmy się na Mirador Pico del Ingles, który był jednym z moich faworytów jeżeli chodzi o widok. Ostatnim, bardzo interesującym miejscem, które odwiedzamy w Rural de Anaga Park jest Camino viejo al Pico del Ingles. Jest to przecinka leśna, która jest znacząco poniżej poziomu lasu – po obu stronach mamy więc wysokie ściany porośnięte mchem, a korony drzew z obu stron łączą się nad głowami. Niesamowicie klimatyczne miejsce.

Z parku jedziemy bezpośrednio do Santa Cruz, po którym zrobiliśmy sobie spacer. Miasto to jest ładne, ale nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. W przypadku napiętego harmonogramu można spokojnie je pominąć na rzecz innych, bardziej atrakcyjnych miejsc. To co jednak podobało mi się najbardziej to falochron przy plaży z wymalowanymi twarzami znanych osób.

Dzień 10: Powrót i słowo na temat Loro Park

Lot mieliśmy rano, dojazd tam okazał się bardziej stresujący niż myśleliśmy, bo pomimo wczesnej godziny były ogromne korki. Jechaliśmy objazdem, ale wiele nam to nie dało. Uważajcie na to 🙂

Jeszcze jedna ważna rzecz na koniec. Proszę, podróżujcie świadomie. Jedną z głównych atrakcji Teneryfy jest Loro Park. Proszę, nie wspierajcie takich praktyk. Orki i delfiny to nie są zwierzęta, które powinno się przetrzymywać w takich parkach. Łamie się je psychicznie, tylko po to żeby zabawiały turystów. One naprawdę cierpią, mają depresję, żyją znacznie krócej niż orki w naturalnym środowisku. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Nie bez powodu w Loro Park zdarzały się ataki orek na trenerów, w tym jeden ze skutkiem śmiertelnym w 2009 roku, po którym ograniczono kontakt trenerów z tymi zwierzętami. W naturalnym środowisku orki są przyjazne dla ludzi.  Jeżeli uważacie, że warunki tam są dobre, a zwierzęta szczęśliwe – oszukujecie tylko samych siebie i przyczyniacie się do cierpienia tych zwierząt. Na Teneryfie jest masa rejsów oferujących zobaczenie delfinów w ich naturalnym środowisku, to o wiele lepsza alternatywa!

Mam nadzieję, że ten opis zachęcił Was do odwiedzenia Teneryfy i okazał się przydatny. Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, nie wahajcie się pisać. Jak zawsze, zachęcam także do śledzenia mnie na social media: facebooku i instagramie 🙂

Birmingham

Nie obiecywałam sobie wiele po Birmingham, ale to urokliwe miasto bardzo mi się spodobało. Zatem, poniżej przepis na jeden, nieśpieszny dzień w Birmingham 🙂

Zaczynamy od ścisłego centrum, gdzie możesz zobaczyć Kościół Św. Marcina i stojące obok futurystyczne centrum handlowe.  Z centrum handlowego wychodzi łącznik, którym można się dostać na parking i który jest jednocześnie panoramą. My tam co prawda nie byliśmy, ale podobno warto 🙂

Spacerując dalej dochodzimy do kolejnego centrum handlowego – The Cube. Kolejny futurystyczny budynek – zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz. A wewnątrz coś co mi się bardzo spodobało, czyli różne figury postaci, których twarze zostały zastąpione ogromnymi, czerwonymi sercami. Innym, godnym uwagi budynkiem jest także Library of Birmingham.

The Cube znajduje się przy kanałach. Nie jest to szczególnie zadziwiające, bo jak można przeczytać w bardzo wielu źródłach, Birmingham ma sieć kanałów dłuższą niż Wenecja. Dlatego w kolejnej części dnia udajemy się na długi spacer, właśnie wzdłuż kanałów. Po drodze docieramy między innymi na kampus, gdzie zwiedzamy muzeum geologiczne Lapworth, które także polecam. W Birmingham jest także Cadbury World, ale już wcześniej odkryłam, że Cadbury są prawdziwie brytyjskie w smaku, więc nie czułam szczególnej potrzeby, aby wybrać się do tego muzeum 😉

What to see in Cotswolds

Do you know Kate Winslet, Hugh Grant, David Beckham or Kate Moss? They are belong to celebrities who live in Cotswolds which is part of England. We didn’t follow them, however we visit Cotswolds twice. Below, you can find some tips and itineraries of our trips. In both cases, we started our trip from Oxford.

Day 1: Kingham-Blockley-Broadway-Tower-Upper Slaughter

First place which we visit was lovely village Kingham. We found out that on the street everybody say ‘Morning’ to us 🙂 There is such a lot this kind of villages in Cotswolds. Most of them is worth to visit, just to see how lovely they are and take a walk there. You can find on the internet a lot of website where these villages are ranked and compared. Actually, I think that many of them are similar so you don’t need to visit every one. If you don’t have a lot of time you should choose smaller ones, as mostly, they are more lovely. However in the bigger ones, you can find some Bangsy graffiti. By chance, we saw one of his artwork. Anyway, Kingham is worth to visit as well as Blockey which was next point in our itinerary. If you don’t plan to spend more time in these villages, you will spend in each village around 20-30 minutes, including time for pictures 🙂

 

Next part of our trip was Broadway. This village is bigger and more tourist than Kingham and Blockley. We chose this place as there was beggining of trail to Broadway Tower. This is circular path which you can start from Broadway as well from Tower. In both places are car parks which cost around 3-5 pounds, depends on time. You should remember to have coins as it is the only possibility to pay.

Some of paths which are available in Cotswolds are described here, maps are also presented. The trail which we chose for Broadway Tower Country Park. This is easy path with lot beautiful spots on way. You can drive attention to deer which are close to Tower, especially those who try to climb on the trees 😉

To not be lost in Cotswolds you should always choose path signed with picture of acorn and “Cotswolds Way”. It is important due to in England are a lot of “Public Paths” and not always it is path which you need to choose. When we were coming back from Tower we also chose wrong “Public Path”. Some time after this path was leading into shooting area, so we went in another direction, outside this path. We had only google maps with GPS which wasn’t working good in this area. However, we saw really interesting mansions, particularly The Octagon one. We also crossed fields with sheeps and found the lost rural settlement, which not exists on the map. In the barn we saw the  fridge and when we were leaving faded red pick-up passed us. The mood was almost like in the Texas Chain Saw Massacre. But don’t worry! If you will hit the trail and follow the acorn, you will not see this gloomy place.

Due to nobody killed us, we could go to the next village which has charming name – Upper Slaughter. Fortunately, this village is really more lovely than the name. I also think that it was the most beautiful village which we saw so far.

 

Dzień 2: Dursley-Tyndale Monument-Bibury

During our second trip to Cotswolds, we intended to walk path which has start in Dursley. The map is available here. If you reach to Dursley by car you can park on May Lane Car Park which is for free and the toilet is available. The map is not very precise, but still you need to follow “Cotswolds Way” path signed with acorn. Firstly we went up the hill and reach the golf club. From there we went down and walk to the direction of North Nibley.  During this way we found something unusual i.e. water for tourist in the fridge. It wasn’t free water, however the price was almost the same like in the shop. Finally, we reached to the  Tyndale Monument. It is possible to go up this tower and the donation is optional.  When we were coming back we again lost the trail which wasn’t marked there very good. But we chose good direction in the forest and found Cotswold Way road and then the place which is on map as Mason E A & Son. From this we could easily come back to the trail, however we met cyclist who told us that it would be better if we choose Cotswolds Way road and come back to the trail on junction of Cotswold Way and Park Ln. The last stage of this path is coming back to hill with golf club and walk around. At the beginning of this circle you can also find nice view point.

After this trail we visit Bibury which was described as a most beautiful village in England by William Morris who live in XIX century and was versatile artist, inter alia, painter, architect and writer. Indeed, this is very lovely and charming village, similarly as Upper Slaughter. For us it was end of this day and we come back to the Oxford. But if you want to see something more, you can also visit Bourton-on-the-Water. It is another lovely village, which lay close to Bibury and is described as a Cotswolds Venice.

 

 

 

Cotswolds

Czy mówią Wam coś coś nazwiska takie jak Kate Winslet, Hugh Grant, David Beckham czy też Kate Moss? Należą oni do licznego grona celebrytów, którzy zamieszkują angielski rejon Cotswolds. Nie ruszyliśmy ich śladem, ale zrobiliśmy sobie wycieczkę. Najpierw jedną, a półtora miesiąca później drugą.  Poniżej garść dobrych rad i plany naszych wycieczek. Za każdym razem naszą bazą wypadową był Oxford.

Dzień 1: Kingham-Blockley-Broadway-Tower-Upper Slaughter

Naszym pierwszym punktem na trasie była miejscowość Kingham, która była bardzo uroczą wioseczką, gdzie na ulicy wszyscy mówili sobie dzień dobry Takich miejscowości w Cotswolds jest bardzo dużo i warto część z nich odwiedzić, żeby sobie po nich pospacerować, ponieważ są naprawdę urokliwe. W internecie można zobaczyć masę różne rankingi, ale prawda jest taka że te miejscowości są do siebie dość podobne i nawet jeśli komuś zależy, żeby zobaczyć jak najwięcej, to nie trzeba koniecznie zwiedzić wszystkiego. Osobiście uważam, że w przypadku braku czasu najlepiej wybrać mniejsze miejscowości. Kingham na pewno się wpisuje w warte odwiedzenia miejsce, podobnie jak Blockley, które było naszym kolejnym punktem. Z drugiej strony, przypadkowo, w nieco większej miejscowości udało nam się zobaczyć mural Banksy’ego, więc wszystko zależy od tego czego szukacie w życiu 🙂 Jeżeli nie planujecie dłuższego pobytu w tych wioskach, to obejście ich nie zajmuje wiele czasu. Myślę, że spokojnie można sobie założyć dwadzieścia-trzydzieści minut na każdą, wliczając w to czas na fotografowanie.

Kolejnym etapem naszej wycieczki był Broadway. Znacznie większy niż poprzednie dwie miejscowości i bardziej turystyczny. Pojawiliśmy się tam, ponieważ był tam początek szlaku wiodącego na Broadway Tower. Szlak ten biegnie dookoła i można go robić zarówno z Broadway, jak i Tower, gdzie także znajduje się parking. Parkingi miejskie kosztują od 3 do 5 funtów w zależności od czasu postoju. Bardzo ważne jest, aby mieć ze sobą monety, ponieważ jest to jedyna forma płatności za parking. Z góry trzeba zadeklarować jaki czas wybieramy i zapoznać się z milionem ostrzeżeń dotyczących kar jeżeli się spóźnimy 😉

Jeżeli chodzi o szlaki to pewien ich spis wraz mapką i opisem można znaleźć tutaj, a szlak o którym piszę to Broadway Tower Country Park. Szlak jest dosyć przyjemny, mało wymagający, a okolica jest bardzo ładna i wiele pięknych widoków mijamy po drodze. Warto zwrócić uwagę, że w pobliżu Tower są jelenie i nawet próbują wspinać się na drzewa 😉

Żeby nie pogubić się na szlakach w Cotswolds zawsze należy iść za szlakiem oznaczonym żołędziem i napisem “Cotswolds Way”. Jest to ważne, ponieważ w Anglii jest cała masa “Public Path” i nie zawsze jest to path, którym chcemy podążać 🙂 My zresztą się sami o tym przekonaliśmy, bo w pewnym momencie, w drodze powrotnej z Tower, wybraliśmy zły “Public Path” i poszliśmy w zupełnie źle. Później całkowicie zeszliśmy z tej ścieżki, ponieważ w pewnym momencie zaczęła ona prowadzić w rejon, gdzie odbywały się akurat polowania i kierowaliśmy się już tylko mapą z gubiącym się GPS-em. Dobrze jednak było zejść ze szlaku, ponieważ po drodze zobaczyliśmy przepiękne posiadłości, między innymi The Octagon, czyli wielokątny dom w otaczający wewnętrzny ogród. Do tego przemierzyliśmy pola pełne owiec i przeszliśmy przez zapomnianą osadę, której nie ma na mapie. Ze stodołą, w której znajdowała się lodówka. Opuszczając to ponure miejsce minął nas rozpadający się pick-up w kolorze wyblakłej czerwieni, co dopełniło obrazu kojarzącego się z Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną. Ale jak będziecie się trzymać szlaku i dzielnie iść za żołędziem, to spoko – nie dojdziecie tam.

Nikt nas nie zabił w osadzie, więc mogliśmy zrealizować ostatni plan tej wycieczki, czyli miejscowość o uroczej nazwie Upper Slaughter. Na szczęście samo miasteczko było bardziej urokliwe niż jego nazwa i muszę powiedzieć, że dla mnie było ono najładniejsze ze wszystkich miejscowości.

Po tym pełnym wrażeń dniu wracamy do Oxfordu, skąd ruszamy ponownie do Cotswolds półtora miesiąca później.

Dzień 2: Dursley-Tyndale Monument-Bibury

Nasza druga wycieczka do Cotswolds, to głównie przejście szlaku, który ma swój początek w Dursley. Dokładna mapka znajduje się tutaj. Jeżeli jesteście samochodem, to możecie podjechać trochę bliżej, tj. do May Lane Car Park. Jest to darmowy parking z dostępną toaletą. Ta mapka się bardzo orientacyjnie pokrywa z właściwym szlakiem, ale podobnie jak ostatnim razem mamy do czynienia z “Cotswold Way”, gdzie trzeba podążać za szlakiem z żołędziem. Zaczynamy stromym podejściem do pola golfowego, żeby następnie zejść na dół z drugiej strony wzgórza i kierować się w stronę North Nibley. Po drodze zauważyliśmy coś ciekawego, czyli wodę dla turystów w lodówce. Pomimo że była płatna, to jej cena była tak niska, że pokrywała się z ceną w sklepie. W końcu dochodzimy do Tyndale Monument. Okazuje się, że wieża jest otwarta, a do tego darmowa i można wejść na samą górę.  Wracając lasem tradycyjnie gubimy szlak, który nie był zbyt dobrze oznaczony. Idziemy lasem ścieżką, która się urywa, a następnie dochodzimy do drogi Cotswold Way. Dochodzimy do miejsca oznaczonego na mapie jako Mason E A & Son. Stamtąd można by łatwo wrócić na szlak. Jednakże napotkany rowerzysta radzi nam, żebyśmy poszli dalej Cotswold Way i doszli do szlaku przy skrzyżowaniu Cotswold Way i Park Ln, co też uczyniliśmy. Końcowy etap to powrót na pole golfowe i obejście go dookoła. W pierwszej ćwiartce pętli dookoła pola znajdziecie też kierunkowskaz na punkt widokowy, gdzie można sobie chwilę odpocząć.

Po przejściu całości wybieramy się do miejscowości Bibury, która została określona jako najpiękniejsza wieś całej Anglii, przez żyjącego w XIX wieku Williama Morrisa, wszechstronnego artysty, który był między innymi malarzem, architektem i pisarzem.  Wioska rzeczywiście jest bardzo urokliwa, moim zdaniem porównywalnie co Upper Slaughter. Dla nas w tym momencie kończy się ten dzień i wracamy do Oxfordu. Ale jeżeli macie ochotę zwiedzać dalej, to w pobliżu znajduje się jeszcze urokliwe miasteczko, Bourton-on-the-Water, określane jako Wenecja Cotswolds.

 

Tajlandia – Chiang Mai

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Dzień 1: Chiang Mai – Miasto tysiąca świątyń

Gdybym z całej Tajlandii miała wybrać jedno miejsce na powrót, to zdecydowanie byłoby to Chiang Mai dzięki niepowtarzalnemu klimatu tego miasta!

Pierwszego dnia w Chiang Mai spędzamy zaledwie wieczór, ale dla uproszczenia opiszę w skrócie tutaj co można robić w samym Chiang Mai. Przede wszystkim jest to miejsce, gdzie jedna świątynia buddyjska jest obok drugiej i jest ich naprawdę niezliczona ilość. Naprawdę dużo czasu zajmuje żeby przejść się po nich, a chyba niemożliwe jest zobaczenie wszystkich. Warto dodać, że Chiang Mai było najtańsze ze wszystkich miejsc, w których byliśmy (tj. Ayutthaya, Bangkok i Koh Phangan).  Dlatego jest to idealne miejsce na zakupy i na masaże, które też są dużo tańsze. My w Chiang Mai codziennie chodziliśmy na masaż tajski.  Ciekawostką jest też fish spa, które jest dużo tańsze niż w Europie. Ja na początku skorzystałam z  pakietu Try Spa, czyli 10 minut rybek i 20 minut masażu stóp za kilka złotych. Muszę powiedzieć, że w pierwszych dziesięciu sekundach uznałam, że rybki to nie to, ale chciałam dać im szansę. Jeżeli kiedyś z tego skorzystać, to uważaj, żeby nie łączyć nóg, bo każda zgnieciona rybka to 5 zł 😉 W czasie wizyty w Chiang Mai rozglądaj się też za różnymi wydarzeniami i marketami, które odbywają się w ograniczonym czasie, bo jest tego sporo i można czasem natrafić na coś bardzo ciekawego. Co szczególnie pokazuje nasz kolejny dzień…

Dzień 2: Chiang Mai – Flower Festiwal

Naszego drugiego dnia, który był właściwie pierwszym pełnym dniem, trafiliśmy na Festiwal Kwiatów w Chiang Mai. Festiwal ten odbywa się co roku w pierwszy weekend lutego. Była to jedna z moich największych podróżniczych niespodzianek, ponieważ nie planowaliśmy naszego pobytu w Chiang Mai pod tym kątem. Każdemu, kto będzie miał okazję pojawić się w Chiang Mai, tak aby trafić na Festiwal Kwiatów podpowiem, że naprawdę warto! Idealne podsumowanie tego festiwalu to bardzo dużo uśmiechu, koloru i przepiękne kwiaty, którymi ozdobione są platformy wiozące ludzi.

Dzień 3: Chiang Mai – Elephant Nature Park

Elephant Nature Park według naszego researchu przed wyjazdem, jest pierwszym tego typu miejscem w Tajlandii i jedynym bądź naprawdę jednym z dwóch-trzech, gdzie naprawdę ratuje się słonie. Z powodu mody na eko i sanktuaria, wiele miejsc udaje sanktuaria windując dodatkowo ceny w górę. Najłatwiejszym, choć nie jedynym, wyznacznikiem których miejsc unikać jest możliwość jazdy na słoniu. Podróżujmy świadomie, unikajmy jazd na słoniach, świątyni tygrysów i innych tego typu atrakcji. Tajlandia naprawdę jest piękna i nie musimy przysparzać cierpienia niewinnym stworzeniom.

Jeśli chodzi o samą wizytę w parku, to było też to jedyne miejsce, gdzie kupowaliśmy bilety przed wyjazdem. Sama wycieczka była naprawdę dobrze zorganizowana. O poranku przyjechaliśmy do parku, gdzie z platformy mogliśmy karmić słonie, które bardzo chętnie brały od nas owoce. Następnie udaliśmy się na spacer z przewodnikiem, który miał na imię Mix. Inny przewodnik miał na imię Dino, więc uznaliśmy, że ich prawdziwe tajskie imiona są pewnie zbyt trudne do wymówienia 😉 Tak czy inaczej, Mix zabrał nas na spacer po parku, podczas którego mogliśmy obserwować słonie, a jednocześnie go posłuchać.  Miał sporą wiedzę i opowiadał ciekawie, więc miał idealne cechy przewodnika. Mówił, że bardzo restrykcyjnie przestrzega się, żeby słonie nie kojarzyły pracowników parku z przemocą. Dlatego nawet po zakupie słonia, jego ostatni właściciel wprowadza go do ciężarówki, żeby słonie nie kojarzyły z tym pracowników parku. Dla nich to na szczęście już ostatnia trauma. Słonie są bardzo inteligentne, do tego stopnia, że nawet przeżywają żałobę. Dlatego też tajskie praktyki polegają na tym, żeby złamać ich psychikę. Na szczęście jest stworzone takie przyjazne miejsce. Zwróć uwagę, że jeden ze słoni prezentowanych na zdjęciach ma w uchu kwiatek. Został on wpięty przez wolontariuszy, żeby ukryć dziurę, która została po torturach.

W programie dnia był też spacer nad rzekę, gdzie mogliśmy poobserwować jak mały słonik bawi się całkiem sporą piłką, a później wejść ze słoniami do rzeki i pomóc im się nieco umyć. Warto uważać, żeby nie znaleźć się między dwoma słoniami, bo one lubią się o siebie pocierać bokami 😀

Dzień 4: Chiang Mai – Doi Inthanon

W okolicach Chiang Mai znajduje się wiele miejsc wartych odwiedzenia. Jedną z najbardziej znanych atrakcji jest szczyt Doi Inthanon, na którym znajdują się dwie pagody: Naphamethinidon oraz Naphaphonphumisiri. Pierwsza z nich została zbudowana z okazji 60 rocznicy urodzin króla Bhumibola Adulyadeja w 1987 roku, natomiast druga z okazji urodzin królowej Sirikit w 1992 roku.

Jeżeli nie dysponujecie własnym środkiem transportu, warto wykupić na miejscu wycieczkę. Warto przejrzeć foldery, ponieważ niektóre wycieczki różnią się pojedynczymi, drobniejszymi atrakcjami. Na miejscu udało nam się znaleźć też tańsze oferty niż w internecie.  Choć Doi Inthanon było głównym celem naszej podroży, to zwiedziliśmy także atrakcje w pobliżu, czyli wodospady, w tym Wachirathan, najwyższy punkt Tajlandii (2565.3341 m npm).

Dzień 5: Chiang Mai – Doi Suthep

Główny plan tego dnia to wizyta w  Wat Phra That Doi Suthep (które nazywa się po prostu Doi Suthep). Jest to bardzo łatwe do zorganizowania i nie potrzebujecie żadnej wycieczki. Wystarczy, że weźmiecie tam tuk-tuka. Kierowca poczeka na Was. Po drodze zostaliśmy zabrani, w ramach niespodzianki przez kierowcę naszego tuk-tuka do miejsca, gdzie można było zobaczyć panoramę Chiang Mai.  Kilka miesięcy później poczułam się trochę jak w Doi Suthep. Było to na Jasnej Górze w Częstochowie. Doi Suthep jest trochę taką azjatycką i bardziej egzotyczną wersją naszej Jasnej Góry.

Po odwiedzeniu Doi Suthep polecam wizytę w ZOO, które jest po drodze do centrum. ZOO w Azji mogą być ciekawe ze względu na to, że gatunki, które dla nas są bardzo egzotyczne typu koala są tam na porządku dziennym. Do tego największą atrakcją ZOO w Chiang Mai są pandy!

ds4.jpg

Tajlandia – Koh Phangan

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Poniższy opis stanowi część naszej podróży po Tajlandii, której ramowy plan znajduje się TUTAJ. Dla ułatwienia stosuję numerację 1-5, ale w praktyce są to dni 6-10.

Dzień 1: Transport na Koh Phangan

Na Koh Phangan lecimy z Chiang Mai. Najpierw dolatujemy do lotniska Surat Thani, a następnie jedziemy autokarem na prom. Ogólnie jest to proste do zorganizowania. Po wyjściu z lotniska jest kolejka do busów, ponieważ wszyscy właściwie jadą na promy. Już w busie sprzedawane są bilety na promy w zależności od tego na którą wyspę płyniemy (Koh Phangan, Koh Tao, Koh Samui), ale można je też kupić na przystani. Nasz początkowy plan zakładał Koh Tao, ale jest to najdalsza wyspa i szkoda nam było tyle czasu na transport. Z drugiej strony o Koh Samui czytaliśmy, że jest bardzo drogie. Dlatego stanęło na Koh Phangan i to była dobra decyzja.  Z perspektywy czasu uważam, że lotnisko w Surat Thani i transport stamtąd, pomimo że bardzo tanie zabrało nam bardzo dużo cennego czasu, dlatego wybrałabym droższy lot, ale docelowo na jakąś wyspę.

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Haad Yao w Haad Yao Resort. Miejsce to wybraliśmy dosłownie na oślep – w porcie wsiedliśmy do tuk tuka i losowo wskazaliśmy palcem na miejsce na mapie, gdzie chcemy dotrzeć. Na miejscu byliśmy bardzo późno, wszystko było już właściwie zamknięte z najbliższych hoteli, a recepcja Haad Yao Resort była otwarta jeszcze 10 minut. Wzięliśmy właściwie bez zastanawiania się i wyboru, nie wiedząc nawet czy daleko mamy na plażę. Nie mieliśmy jednak wyjścia. Eleganckie warunki i basen, który mieliśmy dwa kroki (dosłownie) od drzwi pokoju nie pozostawiały jednak wątpliwości, że miejsce to jest dobrym wyborem.

Dzień 2-4

Rano udaliśmy się na śniadanie, zastanawiając się jednocześnie gdzie jest plaża. Okazało się, że do kolejnych zalet naszego hotelu należy taras tuż przy plaży, na którym podawane było śniadanie. Część stolików była bezpośrednio na plaży, dzięki czemu ofertę lunchową i obiadową często zamawialiśmy do stolika właśnie tam. Tego dnia zrobiliśmy też nasz najdłuższy spacer po tej wyspie, która okazała się nieprzyjazna pieszym. Dlatego znacznie więcej czasu niż planowaliśmy spędziliśmy  po prostu plażując.

Głównym celem naszej wizyty na Koh Phangan było nurkowanie. Dlatego początkowo wyspą docelową była Koh Tao, która uchodzi za raj dla nurkujących. Ostatecznie nurkowaliśmy przy Sail Rock, która jest w połowie drogi pomiędzy Koh Tao i Koh Phangan, więc w sumie nic nas nie ominęło.

Jeżeli nie masz doświadczenia z nurkowaniem, to najprawdopodobniej, zanim zrobisz jakikolwiek kurs warto wypróbować wycieczkę “Try Diving”. Na początku przechodzi się podstawowe szkolenie i nurkuje pod okiem instruktora.  W zależności od szkoły/instruktora, szkolenie może się odbywać przed wyjazdem, w bezpiecznych warunkach na basenie. Druga opcja polega na tym, że zostaje się zabranym od razu na łódkę i płynie się w morze. Po dotarciu na miejsce dostaje się piankę, płetwy, maskę, pasy obciążające i butle. Wszystko waży tyle, że łatwo się przewrócić i dlatego dostępne są metalowe rurki na statku, żeby ich się trzymać rękoma. Zanim minie nam pierwszy szok dostajemy polecenia skoczenia w całym tym ciężkim sprzęcie prosto do falującego groźnie morza, lol. Później trzeba wykonać trzy ćwiczenia: zanurzyć się w wodzie i oddychać przez chwilę, odnaleźć ustnik do oddychania, który odrzucił nam instruktor i pod wodą oczyścić maskę z wody. Ostatnie zadanie zasługiwało na drugie “lol”. My wcześniej nie przemyśleliśmy jak to będzie, więc trafiła nam się druga opcja. Dla mnie było to trochę hardkorowe, szczególnie ostatnie zadanie, z którym miałam trudność. Prawdopodobnie na basenie czułabym się bezpieczniej i poszłoby sprawniej 😉

Funny facts: Istnieje rodzina ryb Rogatnicowate (Triggerfish), które są agresywne, mogące atakować ludzie i jadowite. Cigautoksyna, którą zawierają, powoduje poważne problemy neurologiczne. W okolicach Sail Rock występuje największy przedstawiciel tej rodziny czyli Rogatnica zielonkawa. Po angielsku nazywa się Titan Triggerfish i to już brzmi o wiele groźniej. Ma do 75 cm, a do tego badania naukowe wykazały, że przewyższa inteligencją inne ryby. Ale nie piszę tego, żeby Cię nastraszyć! Dobra wiadomość jest taka, że ta ryba jest mimo wszystko defensywna, więc atakuje nurków którzy są zbyt blisko (szczególnie w czasie opieki nad młodymi), więc warto mieć oczy dookoła głowy i nie zbliżać się. Informacje te mam z ulotek, które nam rozdawano i z Wikipedii, więc jeśli chcecie doczytać, to kieruję właśnie tam 😉

Dzień 5

Ostatni dzień na wyspie spędziliśmy podobnie jak poprzednie, ale zastanawialiśmy się dodatkowo jak dostać się na lotnisko i zdążyć na samolot o 8 rano. Dowiedzieliśmy się, że istnieje night ferry, który wypływa późnym wieczorem i przypływa o 4 rano do Surat Thani. Nie pływa każdego dnia, bilety można kupić tuż przed odpłynięciem i ciężko było uzyskać jakąkolwiek informację. Ruszyliśmy na spacer wśród lokalsów zapytać się co sądzą o dzisiejszym night ferry. Wyszło pół na pół. Nie chcieliśmy tracić dnia na prom, więc postanowiliśmy zaryzykować z night ferry. Na szczęście udało się i jak widzicie na zdjęciach było to interesujące doświadczenie 😛

Niestety w tym miejscu daliśmy się oszukać. Na szczęście tylko na 40zł łącznie. Zrzucamy to na niewyspanie. Wzięliśmy nieoficjalny transport (razem z kilkoma osobami) i zostaliśmy wyrzuceni 2 przecznice dalej i babka twierdziła, że zamówiła nam autokar na 7:30 i mamy czekać (a była 4:00, lol). Jakieś dwie inne osoby już tam czekały sztywno na dwóch plastikowych krzesłach, ale my nie mieliśmy pewności czy ten autokar przyjedzie i po kłótniach odeszliśmy z niczym. Z jedną osobą, którą tam poznaliśmy zrzuciliśmy się na oficjalny transport na lotnisko. Niestety trzeba zawsze uważać, a szczególnie o 4 nad ranem 😉

Tajlandia – Bangkok

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Poniżej opisuję jak zorganizować sobie 3 dni w Bangkoku zakładając, że:

Dzień 1: mamy pół dnia (dzień 1 całej podróży)

Dzień 2: mamy cały dzień w Bangkoku (dzień 11 całej podróży)

Dzień 3: mamy tylko wieczór w Bangkoku (dzień 12 całej podróży)

Dzień 1

Poprzedni dzień to był przyjazd, szalona jazda tajską taksówką do hostelu i twardy sen, więc nie opisuję tego dnia osobno. Za to dzisiaj mamy do dyspozycji pół dnia w Bangkoku, ponieważ później mamy lot do Chiang Mai, gdzie spędzimy także wieczór. Ten dzień zdecydowaliśmy się wykorzystać na spacer po okolicy naszego hostelu tj. dzielnicy Dusit. Nocowaliśmy w sieci hostelling international (którą generalnie polecam). Ten konkretny hostel, w którym spaliśmy jest niestety już zamknięty na stałe. Wracając do tego dnia, wybraliśmy się na zwyczajny spacer, żeby zobaczyć pierwszy raz Azję z bliska. Często to powtarzam, że spacery bez celu są jednym z naszych ulubionych sposobów zwiedzania, bo z jednej strony uwielbiamy chodzić, a z drugiej poznaje się wtedy klimat miasta i często można trafić na coś fajnego. Pozwólcie sobie się zgubić 🙂 W ramach spaceru, w Bangkoku, trafiliśmy między innymi, na bardzo fajny targ z jedzeniem, gdzie udało nam się zjeść dużo ciekawych tajskich rzeczy, jednocześnie unikając zatrucia.

My bardzo dużo chodziliśmy, ale czasem też dojeżdżaliśmy tuk-tukiem. Jest to opcja droższa niż taksówki, ale daje więcej frajdy 🙂

Dzień 2 

Dzisiejszy dzień jest bardzo typowy. Zaczęliśmy od wielkiego Pałacu Królewskiego. Zgodnie z tym przed czym nas ostrzegali, minęliśmy różnych kierowców, którzy nas przekonywali że pałac jest zamknięty i mogą nas zawieźć w jakieś super miejsce. To chyba najbardziej znany kant i trzeba po prostu iść i się nie przejmować. Bilety też kupić w oficjalnej kasie i nie próbować oszczędzać na ulicy. Jeżeli nie masz ubrań, które mogą Cię okryć, to nie martw się, w kluczowych miejscach dostaniesz okrycia dla turystów. Jeżeli chcesz wcześniej o to zadbać, polecam patent ze spodniami z odpinanymi nogawkami. Naprawdę tam tego pilnują, więc trzeba się dostosować.

Mnie osobiście Pałac nie zachwycił mocno, prawdopodobnie z powodu ogromnej ilości turystów. Oczywiście nie mam o to pretensji, bo każdy chciał zobaczyć to co ja, aczkolwiek nie wspominam tej wizyty jakoś wyjątkowo. Co innego kolejny punkt tego dnia, czyli Wat Pho. Świątynia, która naprawdę mnie oczarowała. Zdecydowanie mniejsza liczba turystów, baśniowe rzeźby, a także rzeźby, które dostały u mnie specjalnej kategorię “zwierzątka tak brzydkie, że aż urocze”.  Pozostałą część dnia spędzamy na kolejnym długim spacerze, w naszym stylu, eksplorując miasto. Nie ominęliśmy także targów. Nasz hostel mieścił się przy Khao San Road, więc bywaliśmy tam często, ale o wiele bardziej przypadł nam do gustu Silom Night Market – większy wybór i niższe ceny 🙂

Dzień 3

W Bangkoku spędzamy tylko wieczór, ponieważ na cały dzień wybraliśmy się do Ayutthayi (wpis na ten temat znajdziesz TUTAJ).  Jest to nasz ostatni wieczór w Tajlandii, więc aby fajnie zakończyć wyjazd udajemy się do jednego z naszych ulubionych miejsc, czyli Sky Baru. W Bangkoku jest ich kilka, w niektórych można robić zdjęcia i spacerować, w innych już niekoniecznie. Nasz wybór padł na 59 piętro Banyan Tree z otwartą restauracją i barem. Bardzo polecam to miejsce, ale zanim się tam wybierzesz pamiętaj, że obowiązuje strój casualowy. Z tym mieliśmy problem, ponieważ nie mieliśmy eleganckich ubrań w tej podróży. Dlatego ja kupiłam sukienkę, a Przemek ubrał się w sposób jak najbardziej stonowany. Problem? Sandały. W sandałach nie wpuszczają, ale nie znaczy to, że nie można wejść. Przemkowi zostały przyniesione eleganckie skórzane mokasyny, natomiast jego sandały zostały zabrane na specjalnym patyku, który był do tego przeznaczony 😀

Na górze macie wybór, możecie iść do części z barem lub do części z restauracją, gdzie menu dostaje się na świecących tabletach. My wybraliśmy część restauracyjną, w której ostatecznie stanęło na wodzie i dwóch sokach pomarańczowych, a łączny rachunek wyniósł nas około 1500 baht (czyli około 150 zł, lol). W tej restauracji im więcej zamówicie tym więcej dostaniecie prezencików. Jest to bardzo miły gest. Nam zrobiono bardzo profesjonalne zdjęcie: kelner przyszedł ze statywem, przesunął inne osoby z tła, postawił świeczkę, żeby było klimatycznie. Muszę powiedzieć, że to jest najgorsze zdjęcie ever, jakie ktokolwiek nam kiedykolwiek zrobił. Do dzisiaj jak na nie patrzę, to się bardzo śmieję, ale może o to chodzi w tej pamiątce.

Tajlandia – Informacje praktyczne przed wyjazdem

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Loty

Pierwszą sprawą do zaplanowania przed wyjazdem do Tajlandii był naturalnie zakup biletów lotniczych. My je kupiliśmy pół roku wcześniej, kiedy pojawiły się pierwsze promocyjne bilety, później taka cena powtórzyła się na około 2 tygodnie przed wyjazdem. Jak to często bywa w przypadku tanich biletów, przesiadki były dziwnie skonstruowane i tak lecieliśmy na trasie Warszawa-Londyn-Hongkong-Bangkok.  Lot na trasie Hongkong-Bangkok był obsługiwany przez Cathay Pacific, pozostałe przez British Airways.

Pozostałe loty, wewnętrzne liniami Air Asia, zakupiliśmy na trasach:

  • Bangkok – Chiang Mai
  • Chiang Mai- Surat Thani
  • Surat Thani – Bangkok

Loty do i z Surat Thani, które było naszą bazą wypadową na wyspę Koh Phangan były absurdalnie tanie, ale też mało wygodne, ponieważ trzeba było jeszcze przeprawić się promem. Z perspektywy czasu wybrałabym droższy lot, bezpośrednio na wyspę. Jeśli jednak chodzi o prom, to kupowaliśmy na miejscu bilety, tuż przed początkiem rejsu.

Szczepienia

Najlepiej porozmawiać z lekarzem, ale jeżeli nie wybieracie się do dżungli, to specjalne szczepienia nie są potrzebne. Choć zawsze warto mieć szczepienie na WZW A. My nie mieliśmy żadnych szczepień z powodu szczytu wyjazdów do Azji i braku dostępnych szczepionek. Jeżeli więc planujecie się zaszczepić to pomyślcie o tym z wyprzedzeniem. Jeśli chodzi o samo WZW A, to w przypadku braku tych szczepionek w standardowych przychodniach medycyny tropikalnej (w Warszawie polecam przychodnię na ul. Nugat 3), powinny być dostępne w sieci Lux Med. Są oczywiście droższe (o ok. 100 zł), ale są i uratowało mnie to, jak musiałam zaszczepić się drugą dawką, która nigdzie nie była dostępna.

Narkotyki

Sytuacje, w których ktoś trafia do tajskiego więzienia z powodu podrzucenia narkotyków są bardzo medialne i wiele osób się tego obawia. Jednak prawda jest taka, że nie są to uzasadnione obawy. Wystarczy nie przemycać narkotyków, nie brać przesyłek od nieznajomych i generalnie unikać wszelkich podejrzanych kontaktów. Jeżeli chcesz zgłębić ten temat, to zachęcam do lektury książki 12 x śmierć. Piekło w raju. Michała Pauli.  Na pewno znajdziesz w internecie też drugi biegun – ludzi chwalących się, że wszystko spoko, że palili tam trawkę i nic się nie stało. Ale ja uważam, że to już głupota, bo oni jednak są na to wyczuleni, już lepiej jechać do Holandii 😉

Bilety wstępu

Wszystkie bilety wstępu kupowaliśmy na miejscu. Jedynym wyjątkiem było sanktuarium słoni Elephant Nature Park. Według naszego researchu przed wyjazdem, jest to pierwsze tego typu miejsce w Tajlandii i jedyne bądź naprawdę jedno z dwóch-trzech, gdzie naprawdę ratuje się słonie. Z powodu mody na eko i sanktuaria, wiele miejsc udaje sanktuaria windując dodatkowo ceny w górę. Najłatwiejszym, choć nie jedynym, wyznacznikiem których miejsc unikać jest możliwość jazdy na słoniu. Podróżujmy świadomie, unikajmy jazd na słoniach, świątyni tygrysów i innych tego typu atrakcji. Tajlandia naprawdę jest piękna i nie musimy przysparzać cierpienia niewinnym stworzeniom.

Zatrucia

Niestety jestem specjalistką od zatruć pokarmowych. Czasami po prostu nie da się uniknąć zatrucia i nie jest to kwestia jedzenia, tylko innej flory bakteryjnej. Wszystko zależy od wrażliwości naszego żołądka. Mimo to, warto przestrzegać podstawowych zasad higieny, zwracać uwagę czy sprzedawcy na ulicy nie dotykają naszego jedzenia brudnymi rękoma. Szczególnie tyczy się to owoców.  Zwróćcie uwagę, że sprzedawcy popularnych naleśników z bananami obierają banany w taki sposób, żeby czasem nie dotknąć ich rękoma. Bardzo też trzeba uważać na wodę, a tym samym lody i napoje z lodem. Jeżeli macie gdzieś wątpliwości, czy na pewno dostaniecie czystą wodę, najlepiej poprosić o gazowaną, bo trudniej ją podrobić. Aczkolwiek w czasie naszego wyjazdu nie było takich sytuacji. A jeżeli już się zatrujecie i po zatruciu będziecie w stanie zacząć jeść cokolwiek, to w Tajlandii jest bardzo prosto wrócić do jedzenia. Wystarczy poprosić sprzedawców na ulicy o woreczek gotowanego ryżu, który w przeliczeniu kosztuje około złotówki. Czasami też wyjściem jest McDonald. Nie jestem fanem tego miejsca, unikam jedzenia tam, ale prawda jest taka, że w McDonaldzie jedzenie jest tak przetworzone, że raczej nie ma szansy tam się niczym zatruć.

Samochodem do i po Anglii

Cześć!

Chciałabym się z Wami podzielić naszymi doświadczeniami w związku z podróżą do Anglii samochodem. Żeby wygodniej Ci się czytało zebrałam to wszystko w formie pytań, które sama sobie zadawałam przed wyjazdem 🙂 Jeżeli masz dodatkowe pytania, pisz śmiało, chętnie pomogę!

Czy jechać samochodem do Anglii?

Jeżeli jedziesz na dłużej, zdecydowanie tak! Anglia to kraj kierowców. Bez samochodu bardzo dużo rzeczy by nas ominęło, poniżej kilka przykładów. Decyzja o samochodzie padła z powodu moich długich dojazdów do pracy. Byliśmy bardzo nieprzekonani, szukaliśmy lepszych alternatyw, których w Anglii po prostu nie ma. Teraz z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie naszego życia bez samochodu 😉

Ile to kosztuje?

Cena paliwa (na trasie Warszawa-Oxford) oraz biletu na prom to koszt około 1000 zł.

Czy lepiej jechać własnym samochodem, czy kupić lub wynająć na miejscu?

Początkowy nasz plan zakładał kupno szrota na miejscu i sprzedaż przed powrotem. Ten plan mógłby być doskonały ze względu na niską cenę samochodów w Anglii, ale okazało się, że ubezpieczenie jest kosmicznie drogie. Ponadto ubezpieczenie w Anglii jest na osobę, a nie na samochód, więc jeżeli chcesz dzielić z kimś samochód, oboje musicie wykupić ubezpieczenie.  Ceny nie są korzystniejsze także w przypadku wynajmu (oczywiście mam tutaj na myśli wynajem długookresowy, minimum 2 miesiące).  Wszystkie nasze wyliczenia sprowadziły się do tego, że najlepiej było pojechać własnym samochodem.

Zmiana żarówek przed podróżą?

Z przepisów wynika, że należy wymienić żarówki stronami, żeby nie oślepiać kierowców jadących z naprzeciwka. W praktyce część samochodów ma żarówki, które świecą podobnie. Na ulicach też widzimy samochody, gdzie jedna lub druga żarówka świeci bardziej intensywnie. Więc nie widać ustalonej reguły. Wymiana żarówek w Warszawie często jest kosztowna i kłopotliwa, a musimy przecież przejechać jeszcze przez Europę. Jeżeli więc już chcemy coś zrobić z naszymi żarówkami, to najlepiej kupić naklejkę na intensywniejszą żarówkę. Nie polecam kupowania na allegro, ani ogólnie w Polsce, bo są kilkakrotnie przepłacone. Najlepiej kupić te naklejki na promie. My tak zrobiliśmy, ale okazały się nieprzydatne i jeżdżą z nami w samochodzie na wszelki wypadek.

Prawostronny samochód w lewostronnym ruchu

Praktycznie nie było sytuacji, gdzie to przeszkadzało. Może to być kłopotliwe przy wyprzedzaniu, ale wtedy kiedy mamy przed sobą tir/autobus.

W moim odczuciu zaletą takiego rozwiązania jest dołączanie się do autostrady. Mam wrażenie, że jest łatwiej.

Lewa strona – jak żyć?

Wydaje się to o wiele straszniejsze niż się wydaje. Ja nie jestem najlepszym kierowcą, ale szybko się przestawiłam.  Na początku warto sobie powtarzać w głowie “lewa strona” 😀 Jednak naprawdę szybko człowiek się przyzwyczaja. Łatwiej też się pomylić na małej drodze/parkingu niż na większych drogach, gdzie wszystko jest pięknie oznaczone.

Warto zapoznać się z przepisami. Do największych różnic, na które warto zwracać uwagę należą:

  1. Brak reguły prawej/lewej ręki. Pierwszeństwo wyznaczane jest przez znaki. Jeżeli jest skrzyżowanie równorzędne, to nikt nie ma na nim pierwszeństwa i trzeba zachować ostrożność.
  2. Przejścia dla pieszych przed którymi miga żółte światło. W przypadku gdy piesi opuścili już przejście, można jechać dalej na żółtym, migającym świetle.
  3. Ronda. W moim osobistym odczuciu przepisy poruszania się po rondach są tak dziwne, że nie podejmuję się ich tłumaczenia, bo sama nie jestem pewna czy je 100% rozumiem i nie chcę Wam podawać informacji, które są mylące. Jeżeli uważnie się wczytacie w przepisy to zauważycie, że jest możliwa sytuacja, w której osoba zjeżdżająca z wewnętrznego pasa ma pierwszeństwo przed osobą poruszającą się własnym pasem.
  4. Ronda z płaską wysepką. Tak jak wyżej wspomniałam, nie znam dokładnie przepisów, ale codziennie przejeżdżam przez dwa ronda z płaską wysepką, gdzie dzieją się szalone rzeczy, pomimo że pas jest tylko jeden. Kierowcy bardzo mocno skracają sobie drogę. Nie przesadzę jeżeli napiszę, że czasem jest to możliwie najkrótsza droga. Z jakiegoś powodu oni uważają, że w takiej sytuacji mają większe pierwszeństwo niż osoba, która grzecznie jedzie po rondzie. Dlatego ja zawsze jestem czujna i udało mi się też nie zabić, ani nawet nie potrącić rowerzystki, która wyjechała mi gdzieś z wysepki pod koła i miała jeszcze pretensje 🙂
  5. Wjazdy na autostradę. Tutaj duży pozytyw, jest duża kultura drogowa i kierowcy są naprawdę dla siebie mili, dlatego praktycznie regułą jest, że zmienia się pas, żeby ułatwić innym wjazd na autostradę. Warto jednak pamiętać, że niektórzy są zbyt uprzejmi i potrafią zatrzymać się na autostradzie, żeby kogoś wpuścić. Takie zachowania są już niebezpieczne, bo nikt nie spodziewa się stojącego samochodu na autostradzie, dlatego zawsze warto zachować szczególną ostrożność 😉
  6. Muszę napisać też o wadach jazdy tutaj. Kierowcy często zostawiają ogromne odstępy pomiędzy samochodami, co tworzy czasem naprawdę ogromne korki, które wydawałoby się, nie powinny mieć miejsca. Bardzo źle też wspominam nasz wyjazd na Wielkanoc. Wiadomo, że w taki szczyt będzie to dłużej trwało, ale nasza podróż wydłużyła się o około 4 godziny! Głównym problemem były wspomniane odstępy i liczne stłuczki po drodze.
  7. W czasie jazdy po autostradach należy uważać na zwierzęta. Na trasie, którą zwykle jeżdżę codziennie widzę leżące na poboczu liski i sarenki. Szczególnie ważne jest to nocą, ponieważ autostrady nie są tutaj oświetlone.

Ograniczenia prędkości

Tutaj z pomocą przychodzi aplikacja Waze. Uważam, że jest koszmarnym gps-em (wolę google maps), ale świetnie sprawdza się do analizy prędkości – pokazuje prędkość, ograniczenie i pika jak się jedzie zbyt szybko, a przy okazji pokazuje fotoradary i policję (której zwykle i tak nie ma). Czyli to taki Janosik. Ogólnie ograniczenia są podobne jak w Polsce – wyjątkiem są autostrady, gdzie maksymalna prędkość to 113 km/h i małe drogi poza terenem zabudowanym, gdzie można jechać 96 km/h. Nie pytajcie dlaczego, dla mnie to ogromna zagadka 🙂 Ale nikt tam nie jeździ tak szybko i każdy zachowuje rozsądną prędkość między 40 a 50 km/h w zależności od warunków.

Życie przed podróżą.

Zdecydowaliśmy się na podróż samochodem. Co dalej? Trzeba pamiętać o wizycie u mechanika i przeglądzie, a także sprawdzeniu terminu wizyty w SKP. Do tego skontaktowaliśmy się z naszym ubezpieczycielem, czy nie trzeba dopełnić dodatkowych formalności, ale nie trzeba było.

Zachęcam do obserwowania na Facebooku i Instagramie 🙂