Chorwacja – Fotografia lotnicza

Zgodnie z Waszymi głosami, dzisiejszy post „Inspiracje” zainspirowany jest Chorwacją! Zabieram Was więc na chwilę do Chorwacji, żebyście zobaczyli, co mnie tam tak zafascynowało.

Będąc w Chorwacji wybraliśmy się na Sv. Jurę – szczyt, który jest atrakcją dla kierowców głównie ze względu na bardzo wąską drogę wiodącą nad przepaścią i spadające po drodze kamienie. Nie było łatwo, bo już na samym początku zastąpił nam drogę koń i dość długo nie wiedzieliśmy co dalej. Ale konie to nie ta historia. Po 20 minutach czekania udało nam się wyruszyć na szczyt. Szczęśliwie tam dotarliśmy, a to co, przykuło moją uwagę, to… uwaga, uwaga… paralotniarze!

Paralotniarze sami w sobie stanowią dobry temat do zdjęć. W tym wpisie chciałabym Ci przekazać jak możesz zacząć latać, żeby fotografować z góry. Skupiłam się głównie na paralotni (ponieważ byłam na kursie), ale opowiadam też jak wyglądało moje podejście do fotografii lotniczej z awionetki i jakie są inne opcje.

I o tym będzie ten post! O tym jak latać, gdzie latać, na czym latać i o tym że latanie to też spadanie i czasem wystarczy skoczyć! Jest lipiec, więc to też świetna pora na różnego rodzaju latanie, skakanie, kursy, albo jednodniowe przeżycia. A muszę Wam powiedzieć, że naprawdę zawsze podobało mi się latanie. Miałam kiedyś nawet pomysł, żeby złożyć papiery do Lotniczej Akademii Wojskowej. Powstrzymało mnie tylko moje niezdyscyplinowanie i wizja tego jak próbują mnie obudzić o 5 rano na bieganie, o 5:02 opadam już z sił, a o 5:03 leżę i płaczę w błocie. A ja naprawdę nie lubię biegać – kiedyś stwierdziłam, że to wina kondycji i postanowiłam biegać codziennie przez pół roku. Po pół roku biegania (jak to się stało, że pomimo braku przerw nie miałam kontuzji – naprawdę nie wiem) miałam świetną kondycję i z zadowoleniem stwierdziłam, że nigdy nie przebiegnę dalej niż do autobusu. Wbrew pozorom to nie dygresja, wrócę jeszcze do biegania.

1. Zacznijmy od paralotni!

Z paralotnią mam najwięcej wspólnego, kiedyś zrealizowałam prawie cały kurs paralotniowy pierwszego stopnia. Jeśli chcecie polatać, ale nie robić kursu, nic nie stoi na przeszkodzie żeby kupić sobie jednorazowy lot z instruktorem – oczywiście po sprawdzeniu opinii. Tutaj opowiem Wam jednak o swoim kursie i jak to wyglądało. Zdjęcia w tej części artykułu są autorstwa Pawła Grzybowskiego.

a) Chcę latać!

Pierwszym etapem jest wybór szkoły. Ja szukałam bardzo długo, ponieważ zależało mi, żeby się nie połamać. Dlatego przeczytałam bardzo dużo opinii w internecie i analizowałam oferty szkół. Ostatecznie mój wybór padł na Parastyle – szkołę, która mieści się w Przemyślu. To rozwiązanie miało swoje zalety i jedną wadę. Do zalet niewątpliwie należał wysoki poziom merytoryczny, wybrałam tak dobrze, że Paweł Grzybowski, u którego robiłam kurs jest teraz członkiem kadry narodowej, co mówi samo za siebie 🙂 W czasie kursu startowaliśmy też w górach, co było dla mnie wyjątkowym przeżyciem. Wadą była dla mnie odległość – pamiętajcie, że pogoda jest zmienna i nawet jeżeli zaplanujecie sobie kurs w określonym czasie to może okazać się, że nie uda się Wam go skończyć w zaplanowanym terminie. Miejcie więc na uwadze, że być może będziecie zmuszeni powrócić raz czy dwa w miejsce odbywania kursu. My trafiliśmy dość pechowo z pogodą – i nie chodziło wyłącznie o deszcz, ale też wiatr. Przeciągnęliśmy swój pobyt o 2-3 dni, ale i tak nie udało nam się zrealizować wszystkich lotów. Później miałam duże trudności z wyrwaniem się do Przemyśla, miałam wtedy też kłopoty ze zdrowiem, przez co jeden z zaplanowanych wyjazdów nie wypalił. I ostatecznie nie skończyłam tego kursu. Gdybym miała podejmować decyzję jeszcze raz, to pewnie mimo wszystko wybrałabym jeszcze raz Parastyle – loty w górach były naprawdę wyjątkowym przeżyciem. Uprzedzam Was jednak, że duża odległość od miejsca szkoły może sprawić, że po prostu nie skończycie tego kursu.

To ja w czasie jednego z najlepszych dni w moim życiu 😉

b) Część merytoryczna

Pierwszym etapem kursu są oczywiście wykłady teoretyczne. Dowiecie się całej teorii, która jest niezbędna na tym etapie. Na pewno rozszerzycie swój zakres fizycznej wiedzy o aerodynamikę – musicie wiedzieć dlaczego lecicie, dlaczego spadacie, jak szybko będziecie spadać, jak z tym walczyć (tj. czym są loty żaglowe i jak się wznosić) i jaką rolę odgrywa w tym ciśnienie atmosferyczne. To wszystko ma później znaczenie w czasie lotu – trzeba rozumieć co się dzieje, między innymi, jak płyną prądy powietrzne. Wyobraźcie sobie, że wiatr to są takie ciągłe linie, które wyznaczają tor lotu zupełnie jak pasy na autostradzie. I teraz wyobraźcie sobie, że może się nagle pasy na autostradzie się kończą, a przed Wami pojawiają się losowo kółka z asfaltu i nie wiecie gdzie macie pojechać. Mniej więcej tak działają prądy powietrza w przestrzeni trójwymiarowej za osłoniętą od wiatru stroną góry, ściany lasu, a nawet drzewa. Takie miejsce nazywa się zawietrzną. Jest to jeden z przykładowych elementów, o których uczyliśmy się w czasie kursu.

Na początku niektóre rzeczy mogą się wydać skomplikowane, ale wszystkiego da się nauczyć 😉

Jak już jesteśmy przy wietrze, to nie może nam zabraknąć meteorologii. Jest to bardzo kluczowa kwestia, ponieważ bezpośrednio związana z aerodynamiką. Prądy powietrzne nie występują pod niektórymi chmurami i trzeba umieć to rozróżnić, ale też wiedzieć kiedy zbliża się burza. Kolejną częścią szkolenia jest sprzęt – uczymy się na czym latamy, jakie są rodzaje sprzętu, jak jest zbudowany, co trzeba zrobić z tymi wszystkimi linkami i oczywiście jakie siły na oddziałują na nas i skrzydło.

Ostatnim tematem części teoretycznej są wypadki. Dowiecie się co się może wydarzyć, jakie zdarzenia są powszechne i jak sobie z tym radzić. Przyznam, że ta część zrobiła na mnie wrażenie, bo niektóre rzeczy, wydawałyby się głupie, mogą się naprawdę niebezpiecznie skończyć. Pamiętajcie jednak, że ta cała nauka nie jest po to, żeby Was wystraszyć, ale żeby uświadomić problemy, które mogą się pojawić i przede wszystkim wyposażyć w Was wiedzę, która może Wam uratować życie. Nie będę tutaj pisała, że loty są na 100% bezpieczne, ale mogę napisać, że jest naprawdę mała szansa, że coś się Wam stanie w czasie kursu.

c) Bieganie na łące

Zanim zaczniemy latać trzeba nauczyć się panować nad skrzydłem. W czasie naszego kursu Paweł zarządził bieganie o 5 albo 6 rano na łące. Miało to związek z korzystnym kierunkiem wiatru. Powiem szczerze, że nie pamiętam już dokładnie jaka to była godzina, ale to była taka traumatyczna godzina, na pewno przed 10. 😉 Wiedząc już, jaki mam stosunek do biegania i poranków, możecie się domyślić, że strasznie się roześmiałam jak się o tym dowiedziałam. Chyba za drugim razem dotarło do mnie, że naprawdę będziemy biegać po łące o świcie.

Biegaliśmy po łące nie tylko rano, były to różne pory dnia, wszystko było uzależnione od kierunku i siły wiatru.

Na początku miałam mniejsze skrzydło, żeby nauczyć się nim obchodzić, a później próbowałam na takim, na którym później już latałam. Cała zabawa polegała na tym, żeby cały czas znajdować się pod skrzydłem ustawionym pionowo w górze. Początkowo, gdy skrzydło leciało na jedną stronę, to instynktownie biegłam w drugą, co kończyło się upadkiem skrzydła. Dopiero później zaczęłam świadomie biec wbrew intuicji i rzeczywiście w pewnym momencie chodzenie i bieganie ze skrzydłem cały czas uniesionym w górze przestało być dla mnie problemem.

Tutaj już idzie mi świetnie, ale to wciąż małe, treningowe skrzydło – na takim nie latałam.

Pamiętacie jak pisałam o zawietrznej? Na łące miałam szansę zaobserwować jej działanie w praktyce. Była za takim cienkim drzewem, w życiu bym nie powiedziała, że tam może być zawietrzna. Inny kursant wbiegł tam ze swoim skrzydłem, a w tym czasie Paweł powiedział do mnie „Zobacz co się zaraz stanie, zaraz mu spadnie skrzydło”. I rzeczywiście, po chwili ten kursant stracił kontrolę nad skrzydłem, pomimo że wszystko robił dobrze. Widać było jego zdziwienie.

A pamiętacie jak pisałam wcześniej o linkach? W paralotniach są linki, które łączą uprząż ze skrzydłem, oraz linki którymi się steruje. Jak się domyślacie, nie mogą być poplątane, bo mogłoby to spowodować problemy w czasie lotu. Zatem, kolejnym zadaniem na łące było nauczenie się jak rozplątać linki i ułożyć je na ziemi niepoplątane i gotowe do lotu oraz jak zrobić to szybko. Z uporem maniaka rozplątywaliśmy linki, a Paweł nam je na nowo plątał. Ale wszystko to sprawiło, że osiągnęliśmy w końcu cel tego kursu, czyli loty!

Linki to godziny niekończącej się zabawy, lepsze od nich są tylko zabawy patykami ;d

d) Pierwszy lot!

Nadszedł czas na pierwszy lot! Nie będę ukrywać, że się bałam, szczególnie po tych zajęciach o wypadkach i problemach. Ale nigdy tego nie zapomnę! Pozostałe loty trochę mi się już mylą między sobą, ale pierwszy pamiętam jak dziś, od startu do lądowania! Stałam na zboczu z ułożonymi linkami (Paweł oczywiście czuwał nad nami i wszystko sprawdził), zgłosiłam się jako pierwsza, bo zawsze tak robię jak nie chcę być pierwsza. I już stałam w gotowości i wtedy powiedziałam, że w sumie to się boję i jednak nie chcę. Na szczęście Paweł zachęcił mnie kilkoma słowami i kazał biec. No to pobiegłam! Miałam przypiętą krótkofalówkę, żeby słuchać jego wskazówek. Jednym z pierwszych poleceń było zaciągnięcie linek, co doprowadziło do tego, że moje stopy oderwały się od podłoża! I usłyszałam jego głos: Udało się Monika! Lecisz! I pomyślałam sobie: “Boże, lecę!”. Ogarnęło mnie niesamowite uczucie euforii,co jednak nie przeszkadzało mi w wykonywaniu poleceń Pawła. Pamiętam też, że jednym poleceniem było przechylenie się w prawo, żeby skręcić. Wydawało mi się to nienaturalne, nieintuicyjne i sptawiło, że poczułam niepokój. Wydawało mi się, że za bardzo przechylam się na bok, ale wiedziałam, że komunikacja jest jednostronna, nie ma tu miejsca na dyskusję i polecenia trzeba wypełniać od A do Z. Chciałabym napisać, że pięknie wylądowałam, ale prawda jest taka, że to było bardzo niezgrabne, lądowałam na tyłku. Jednakże całe przeżycie było niesamowite!

Jeden z moich startów, mam już normalne skrzydło.
Biegnę i zaraz stracę kontakt z ziemią – skrzydło już jest w górze, linki napięte.
Powoli się wznoszę i jednocześnie skręcam 😉

e) Dalsze loty i co dalej?

Wszystkie nasze loty odbyły się na Szybowisku Bezmiechowa, które jest naprawdę przepięknym miejscem i bardzo się cieszę, że właśnie tam mogliśmy spędzić cały dzień odbywając szkolenie. Tak jak pisałam wyżej, startowaliśmy zbiegając z góry. Dodam, że wszystkie nasze loty były samodzielne – Paweł wydawał nam polecenia z ziemi, przez krótkofalówkę. Kolejnym etapem naszego kursu miały być loty przy wykorzystaniu wyciągarki. Jej zaletą jest to, że startowanie może odbywać się na płaskim terenie, więc możecie startować także w Warszawie. Nie mogę jednak o tym szerzej napisać, bo ostatecznie nie udało się tego zorganizować, również z powodu pogody. Jestem pewna jednak, że żadna wyciągarka nie zdołałaby przebić lotów na Bezmiechowej.

Po pierwszym etapie kursu, możecie wybrać się na drugi etap, który możecie także zrealizować na motoparalotni, a następnie zdać egzamin państwowy i zostać pilotem. A dalej, dokształcać się na kolejnych kursach i latać po świecie.

A po każdym locie trzeba się jeszcze wczołgać z powrotem na górę z całym sprzętem 😉

2. Awionetka

Latanie na paralotniach to nie jest jedyna opcja, którą wypróbowałam. Miałam też okazję latać awionetką, co ma za sobą bardzo ciekawą historię.

Uczestniczyłam kiedyś w zajęciach Informacja Obrazowa, które były autorskim przedmiotem dr Marka Ostrowskiego. Przedmiot omawiał zagadnienie obrazowania w różnych kontekstach – od fotografii codziennej do zaawansowanych technik wykorzystujących różne zakresy promieniowania elektromagnetycznego m.in. ultrafioletu i promieniowania rentgenowskiego. Dużo się tam nauczyłam odnośnie interpretacji zdjęć i tego jak możemy wykorzystać fotografię. Jednym z tych aspektów była fotografia lotnicza. Dr Ostrowski zajmował się od lat 70 mapowaniem Warszawy, jego zdjęcia to nie tylko panoramy, stworzył też m.in. mapę termiczną Warszawy, która pokazała do jak wysokich temperatur nagrzewają się latem niektóre bloki mieszkalne.

Miałam ogromne szczęście, że byłam jedną z trzech najlepszych studentek na tym wykładzie. Czekała na nas atrakcja w postaci podglądania dr Ostrowskiego przy pracy, a konkretnie przy wykonywaniu zdjęć lotniczych. Startowaliśmy z lotniska Babice w Warszawie. Awionetka była częściowo otwarta (szczerze mówiąc to nie wiem czy to było tylko dla nas, czy tak jest zawsze). Dr Ostrowski siedział przy tym miejscu, był przypięty uprzężą i co jakiś czas wychylał się mocno z samolotu robić zdjęcia lotnicze, tłumacząc przy tym jaki cel mają konkretne zdjęcia. Było to naprawdę pouczające. A cała przygoda trwała jeszcze dłużej niż pierwotnie było zakładane, bo udało nam się zdobyć sympatię pilota.

A to wszystko zanim drony były modne 😉 Niestety miałam wtedy baaardzo kiepski aparat (z poważnymi wadami, których sobie nie uświadamiałam) i zdjęcie nie jest najlepszej jakości.

Ze względu na to, że dr Ostrowski nam organizował całą wyprawę, to nie mogę powiedzieć jaki był tego koszt i jak to najkorzystniej zorganizować. Ale z ciekawostek mogę Wam podrzucić stronę o której słyszałam, która jest takim podniebnym BlaBlaCarem 😉 Jeszcze nie korzystałam z niej, ale planuję: www.wingly.com.

3. Skakanie z dużych wysokości

Latanie to często spadanie z wysokości, tak jest częściowo w paralotni, dlatego postanowiłam do spisu dołączyć skoki 😉 Jest to bardzo fajna aktywność, trwa króciutko, a emocje i endorfiny szaleją jeszcze długi, długi czas. Sama skakałam na bungee i dream jump. Bungee to oczywiście skoki na klasycznej gumowej linie. Dream jump jest nieco podobny, ale jest to trochę inny system lin, które docelowo mają wydłużyć fazę swobodnego lotu. Mi osobiście bardziej przypadło do gustu bungee.

4. Co jeszcze mogę zrobić?

Jest jeszcze bardzo dużo innych ciekawych aktywności lotniczych. Nie miałam (jeszcze) okazji próbować, ale są jeszcze lotnie, motolotnie, szybowce, skoki ze spadochronem. Sama planuję jeszcze motolotnie i skok ze spadochronem. Z tego co słyszałam, także od Pawła, w szybowcach jest bardzo duże ryzyko wypadku, dlatego jest to coś na co bym się raczej nie zdecydowała. Z jednej strony latanie jest cudowne, ale moim zdaniem czasem warto odpuścić. Ciekawą propozycją jest też tunel aerodynamiczny, który symuluje unoszenie się w powietrzu. Niezależnie co wybierzecie, pamiętajcie że latanie jest cudowne!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *